Drugiego dnia świąt tradycyjnie już wybrałem się z Gosią na wycieczkę po terenach jurajskich. Za nasz cel obraliśmy górę Zborów.
Zaraz na początku naszej drogi odwiedziliśmy dawny kamieniołom. Nie udało się niestety wejść to tamtejszej Jaskini Głębokiej, gdyż została zamknięta na zimę w tym roku.

Ruszyliśmy więc dalej w las pod górę.

Zatrzymaliśmy się na dłużą chwilę przy sopelkach...

...Gosi jednak nie podobało się to zbytnio... Zostałem napadnięty swoją własną bronią! Spust migawki nacisnąłem odruchowo, potem już tylko przestraszony osunąłem się bezwładnie po skale. W końcu kaliber spory :)

Idąc dalej upatrzyliśmy rosnące na skale malutkie drzewko.

Przyszła pora na portrety przy skałach. Aparat biegał od rąk do rąk :)






Bardzo lubię wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej pt. Barwy.
(...)A we mnie biało, biało, cicho, jednostajnie -
bo noszę w sobie wszystkich barw skupioną tajnię.
O, jakże się w białości mojej bieli męczę -
chcę barwą być - a któż mnie rozbije na tęczę?

I po chwili się stało. Kolejny dowód na to że fotografia to czary.

Idąc co raz wyżej mijaliśmy wiele różnych skał. Mimo że jest ich tam setki, każda ma nazwę. Niestety nie mieliśmy ze sobą mapy by identyfikować je po kolei.

Wspinaczka to świetna sprawa ale i zagrożenie. W tym miejscu ktoś nie miał szczęścia niestety...


Teraz to, na co wszyscy czekali. Szczytowanie. 462 m n.p.m.

Grunt to twarzowa czapeczka.

Widok na okoliczne Podlesice. Spokojna kraina. Szkoda że widoczność nie zachwycała tego dnia.

Mimo że już na szczycie, to ciągle, bez ustanku spoglądam w górę. I wszystkim czytającym życzę w życiu tego samego.




































